KwA 8: 02`06; Burkina Faso
| Kinga Choszcz
|
|
Długa historia, ale w skrócie - motor popsuł się po drodze, kontynuowaliśmy pieszo, spędziliśmy noc z tuareską rodzinką, następnego dnia ludzie poprzyprowadzali swoje wielbłądy. I... tak - w końcu - jestem szczęśliwą posiadaczką okazałego, białego wielbłąda! Kati miała nadzieję, że nazwę mojego wielbłąda jej imieniem. Ale... nie mogłam jakoś tego zrobić. Kati jest zbyt wyjątkowa i żadne zwierzę, nawet mój wspaniały wielbłąd nie będzie miał tak na imię - bo to nie to samo. Ale, na jej cześć, przestawiłam tylko dwie sylaby i ochrzciłam mojego wielbłąda "Tika".
 |
Wkrótce wybieram się do Nigeru - razem z Tika - jak tylko nauczę się mniej więcej samodzielnej obsługi wielbłąda. Być może Rebeka przyłączy się do mnie... W każdym razie - w zakurzonej wiosce Gorom Gorom czuję się jak w domu, Burkina Faso jest jednym z najbardziej przyjaznych krajów, w jakim byłam. Mój wielbłąd skubie właśnie liście z drzewa na piaszczystym podwórku u miejscowego przyjaciela Tuarega... Jednym słowem - życie jest piękne...
Przekorny Tika
Sobota, 25 luty 2006
Wiec ok, mam wielbłąda. Ale... zajmie pewnie trochę czasu zanim będę mogła powiedzieć, że jesteśmy prawdziwymi przyjaciółmi. Tutaj ludzie traktują wielbłądy, a właściwie wszystkie zwierzęta w bardzo utylitarny sposób - wielbłąd jest głównie środkiem transportu, powoli zastępowanym przez motocykl, nawet wśród populacji miejscowych Tuaregów. Nikt nie zaprzyjaźnia się ze zwierzętami, więc Tika też nikomu naprawdę nie ufa, ani z ludźmi się nie przyjaźni. Owszem - wstanie, usiądzie, ruszy, skręci w lewo, w prawo, ale nawet do tego czasem trzeba użyć trochę siły. A ja... traktuję go chyba ciut zbyt delikatnie.
 |
Ale powoli, powoli, uczę się wielbłądzich sztuczek, przymocowując siodło co rano i jadąc z Tika poza wioskę, zostawiając go tam aby posilił się liśćmi z pustynnych krzaków, doglądany przez niewolnika mojego tuareskiego przyjaciela. A po południu siodłam go znowu i przyprowadzam z powrotem na podwórko. Dwa dni temu, z miejscowymi przyjaciółmi sprawiliśmy Tice kąpiel, szorując go dokładnie, aby stał się czyściutki, prawdziwie biały. Ale następnego dnia, kiedy przyszłam po niego po południu na skraj pustyni, ledwo poznałam mojego własnego wielbłąda - umyślnie położył się i wytarzał w popiele ogniska, tak, że nie jestem pewna już czy mam białego czy ciemnoszarego wielbłąda.
 |
Stwierdziłam, że nie ma sensu myć go więcej, więc otrzepałam go tylko, a dziś oczywiście zrobił dokładnie to samo. Ale nie tracę nadziei, że zaczniemy się wkrótce rozumieć. Czuję, że tak naprawdę nauczę się najwięcej po prostu w drodze i byłam już gotowa ruszyć jutro. Ale jutro akurat jest święto nadania imienia nowonarodzonemu dziecku najlepszego przyjaciela mojego przyjaciela, więc zostanę chyba w Gorom kolejny dzień i spróbuję wyruszyć w niedzielę z samego rana.
Źródło: KingaFreeSpirit.pl
Relacje zaczerpnięte z
afrykańskiego zeszytu
pamiętnika Kingi
warto kliknąć
|