DkG 33; AYRTON
| Juliusz Verne
|
|
Na tem kończyło się opowiadanie, tyczące się kapitana Granta, wywołujące niejednokrotnie bolesne wykrzykniki słuchaczów. Major nawet nie mógł wątpić o jego autentyczności; lecz pozostawała jeszcze historja samego Ayrtona, przedstawiająca może jeszcze większy i istotniejszy interes. Istotnie, Grant, jak wiadomo z dokumentu, wyszedł żywy z rozbicia wraz z dwoma majtkami, tak samo jak Ayrton. Z losu więc jednego słusznie wnosić było można o losie drugiego; dlatego też proszono Ayrtona, aby opowiedział swe wypadki. Historja jego była prosta i krótka. Dostawszy się w niewolę jednego z pokoleń krajowców, uprowadzony był do prowincyj środkowych, przez które przepływa Darling, to jest o czterysta mil na północ od trzydziestego siódmego równoleżnika. Tam żył w nędzy, bo i pokolenie samo bardzo było biedne, ale źle się z nim nie obchodzono. Przeszły dwa lata w tej przykrej niewoli; nie tracił jednak nadziei odzyskania wolności. Szukał sposobności do ucieczki, choć wiedział, że ta na większe jeszcze narazi go niebezpieczeństwa.
Nocą w październiku 1864 r. omylił czujność dzikich i znikł w głębi niezmiernych lasów. Przez miesiąc cały żył korzonkami, paprociami jadalnemi, gumą mimoz; błąkał się po tej ogromnej samotni, kierując swe kroki we dnie słońcem, a w nocy gwiazdami, nieraz do ostatniej przywiedziony rozpaczy. Przebywał tak rozległe błota, góry i całą tę część niezamieszkanego lądu, którą tylko rzadcy podróżnicy przebiegali w śmiałych swych wycieczkach. Nareszcie, umierając prawie z wyczerpania, dowlókł się do osady gościnnego Paddy OMoorea, gdzie za swą pracę znalazł byt wygodny.
- Jeżeli Ayrton zadowolony jest ze mnie - rzekł kolonista irlandzki po skończeniu opowiadania - to i ja chwalić go tylko mogę. Jest to człowiek przemyślny, śmiały i dobry, a przy tem robotnik wyborny i, dopóki tylko zechce, dom Paddy OMoorea będzie jego domem.
Ayrton podziękował Irlandczykowi szorstkim gestem i czekał na nowe pytania. Czuł wprawdzie, że zaspokoił już naturalną ciekawość podróżnych; o wszystko już wypytywano go po sto razy. Glenarvan miał przeto przystąpić do przedstawienia nowego planu poszukiwań, w którym chciał skorzystać ze spotkania Ayrtona i objaśnień przez niego udzielonych, gdy major, zwracając się do majtka, rzekł:
- Więc byłeś kwatermistrzem na pokładzie Britannji?
- Tak - bez wahania odrzekł Ayrton. Domyślając się jednak, że może jakie uczucie nieufności dyktuje majorowi to zapytanie, dodał:
- A nawet mam mój kontrakt.
Wyszedł zaraz z sali wspólnej, aby przynieść ten dowód urzędowy. Krótka była jego nieobecność, ale Paddy OMoore miał czas powiedzieć te słowa:
- Milordzie, mam Ayrtona za uczciwego człowieka; od dwu miesięcy, jak jest u mnie, nic mu nie mam do zarzucenia. Znałem już historję jego rozbicia się i niewoli. Jest to człowiek prawy i zasługuje na wasze zaufanie.
Glenarvan miał odpowiedzieć, że nigdy nie wątpił o dobrej wierze Ayrtona, gdy tenże wszedł i pokazał swe papiery. Akt podpisany był przez armatorów okrętu Britannia i przez kapitana Granta, którego rękę Marja poznała. Kontrakt stwierdzał, że: „Tomasz Ayrton, majtek pierwszej klasy, ugodzony jest jako kwatermistrz na pokład trzymasztowego okrętu Britannia z Glasgowa”. Wszelka przeto wątpliwość co do tożsamości osoby Ayrtona ustała, bo trudno było przypuścić, aby papiery te, nie należące do niego, mogły się w jego ręku znajdować.
- Teraz - rzekł Glenarvan - naradźmy się, co nam czynić dalej wypada. Twoje szczególniej zdanie, Ayrtonie, będzie dla nas bardzo szacowne i proszę cię o nie.
Ayrton namyślał się przez chwilę, a nareszcie rzekł.
- Dziękuję ci, milordzie, za zaufanie, jakie we mnie pokładasz, i mam nadzieję, że godnie mu odpowiem. Znam trochę ten kraj, obyczaje krajowców i jeśli mogę wam być użyteczny...
- Bez wątpienia - odparł Glenarvan.
- Tak samo, jak wy - mówił dalej Ayrton - przekonany jestem, że kapitan Grant i dwaj jego majtkowie ocaleli, ale ponieważ nie dostali się do posiadłości angielskich i dotąd nie powrócili, więc ani wątpić, że temu samemu co i ja ulegli losowi, to jest popadli w niewolę jakiego dzikiego pokolenia.
- Popierasz, Ayrtonie, moje zdanie i moje wywody - rzekł Paganel - rozbitkowie są niezawodnie u dzikich w niewoli, tak jak się tego obawiali, lecz czyż mamy sądzić, że tak samo jak ty uprowadzeni byli w kierunku północnym od trzydziestego siódmego stopnia?
- Tak się zdaje, panie - odrzekł Ayrton - pokolenia nieprzyjazne nigdy nie przebywają w bliskości okręgów podległych Anglikom.
- Otóż, to by utrudniało nasze poszukiwania - rzekł Glenarvan z niezadowoleniem.
- Jakże tu trafić na ślad niewolników w głębi kraju tak rozległego?
Uwagę tę przyjęto milczeniem. Lady Helena zwracała do wszystkich wzrok pytający, nie otrzymując odpowiedzi. Paganel nawet, wbrew zwyczajowi swemu, pozostał niemy; utracił zwykłą swą bystrość, John Mangles wielkiemi krokami chodził po sali, jak gdyby znajdował się zakłopotany na pokładzie swego okrętu.
- A ty, panie Ayrton - rzekła wreszcie lady Helena - cóżbyś uczynił?
- Pani - żywo odpowiedział Ayrton - wsiadłbym co prędzej na pokład Duncana i popłynąłbym do miejsca, w którem rozbił się okręt kapitana Granta. Tam poradziłbym się okoliczności a może i wskazówek, jakie by przypadek mógł nastręczyć.
- Dobrze - rzekł Glenarvan - ale trzeba najpierw naprawić Duncana.
- Ach! więc wasz statek jest uszkodzony? - spytał Ayrton.
- Tak jest - odpowiedział John Mangles. - Czy uszkodzenia są poważne?
- Nie, lecz zawsze wymagają narzędzi, jakich nie posiadamy na pokładzie. Jedna śmiga naszej śruby skrzywiła się i nie może być naprawiona, chyba w Melbourne.
- A czy nie możecie płynąć tylko pod żaglami? - spytał znowu kwatermistrz.
- I owszem, możemy, ale jeśli wiatry będą przeciwne, to dużo czasu będziemy potrzebowali na dostanie się do Twofoldbay, i w każdym razie powrócić trzeba będzie do Melbourne.
- A więc, niech płynie do Melbourne - zawołał Paganel - a my bez niego idźmy do Twofoldbay.
- A to jak?
- Przebywając Australję, tak jak przeszliśmy Amerykę, ciągle trzymając się trzydziestego siódmego równoleżnika.
- Lecz z Duncanem co się stanie? - pytał Ayrton z pewnym naciskiem.
- Duncan połączy się z nami, lub my się z nim połączymy, stosownie do okoliczności. Jeśli w podróży naszej znajdziemy kapitana Granta, to razem z nim powrócimy do Melbourne. Jeśli przeciwnie poszukiwania nasze posuniemy aż do brzegu, to Duncan nas tam spotka. Kto ma co do zarzucenia temu planowi? Może ty, majorze?
- Bynajmniej - odrzekł Mac Nabbs - jeśli tylko przebycie Australji jest możliwe.
- Do tego stopnia możliwe - odpowiedział Paganel - że chcę proponować lady Helenie i miss Grant, aby nam towarzyszyły.
- Czy mówisz serjo, Paganelu? - spytał Glenarvan.
- Najzupełniej serjo, kochany lordzie; to nie dalej niż trzysta pięćdziesiąt mil (około 200 lieues), a licząc po dwanaście mil na dzień, miesiąca zaledwie na to potrzeba; tyle też czasu zajmie naprawa Duncana. Ach, gdyby szło o przebycie lądu australijskiego pod niższym stopniem szerokości; gdyby go wypadło przerzynać przez największą jego szerokość, przechodzić przez te ogromne pustynie, gdzie brak wody i upały są tak męczące, dokonać, słowem, tego, czego nie próbowali dotąd najodważniejsi podróżnicy, to byłoby co innego! Ale trzydziesty siódmy równoleżnik przerzyna prowincję Wiktorja, kraj jakby angielski, posiadający drogi, koleje żelazne, i przeważnie zaludniony. Jest to podróż, którą można odbywać w karecie, gdy się komu spodoba, lub na wózku - co byłoby jeszcze wygodniej. To jakby przejażdżka z Londynu do Edynburga i nic więcej!
- Ależ możemy spotkać dzikie zwierzęta - rzekł Glenarvan.
- W Australji niema dzikich zwierząt.
- A dzicy ludzie?
- Niema dzikich ludzi pod tą szerokością a w każdym razie nie są oni tak okrutni, jak w Nowej Zelandji.
- A skazani na wygnanie zbrodniarze?
- Niema ich w południowych prowincjach Australji, lecz tylko w osadach wschodnich. Prowincja Wiktorja nie tylko, że ich nie przyjęła, ale jeszcze wydała prawo, zabraniające przebywania na swem terytorjum oswobodzonym kryminalistom innych prowincyj. Rząd tej prowincji w tym nawet jeszcze roku zagroził kompanji półwyspu, że jej cofnie wsparcie, jeśli jej okręty zawijać będą po węgiel do portów zachodnich, gdzie przyjmowani są osiedleńcy z osad karnych. Jak to, pan nie wie o tem? Pan, Anglik?
- Naprzód nie jestem Anglikiem - odparł Glenarvan.
- Prawda to najzupełniejsza, co powiedział pan Paganel - odezwał się Paddy OMoore. - Nie tylko prowincja Wiktorja, ale i Australja Południowa, Queensland, Tasmanja nawet wypędzają przestępców ze swych terytorjów. Od czasu, jak mieszkam w mojej posiadłości, nie tylko że nie widziałem deportowanego, ale i nie słyszałem o żadnym.
- A ja nigdzie takiego nie spotkałem - dodał Ayrton.
- Widzicie więc, moi przyjaciele - mówił Jakób Paganel - że jest tu bardzo mało dzikich ludzi, a zwierząt i kryminalistów niema wcale. Niewiele istnieje krajów w Europie, o których by to samo powiedzieć było można! No cóż, zgoda?
- Jak sądzisz, Heleno? - spytał Glenarvan.
- Myślę tak, jak i wszyscy, kochany Edwardzie - odpowiedziała lady Helena, zwracając się do swych towarzyszów - w drogę, w drogę!
Źródło: Wyd. I Internetowe, tł. NN
Tekst powieści pochodzi z pierwszego polskiego wydania książkowego (1873 r.)
bazującego na przedruku z wydania gazetowego jaki publikowany był w odcinkach
w "Gazecie Polskiej" już w 1863 r.
|