HAWAJE
01:26
CHICAGO
05:26
SANTIAGO
08:26
DUBLIN
11:26
KRAKÓW
12:26
BANGKOK
18:26
MELBOURNE
22:26
Ogłoszenie niepłatne ustawodawcy Serwis wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu: utrzymania sesji zalogowanego Użytkownika, gromadzenia informacji zwiazanych z korzystaniem z serwisu, ułatwienia Użytkownikom korzystania z niego, dopasowania tresci wyswietlanych Użytkownikowi oraz tworzenia statystyk ogladalnoœci czy efektywnoœci publikowanych reklam. Użytkownik ma możliwoœć skonfigurowania ustawień cookies za pomocš ustawień swojej przeglšdarki internetowej. Użytkownik wyraża zgodę na używanie i wykorzystywanie cookies oraz ma możliwoœć wyłaczenia cookies za pomoca ustawień swojej przegladarki internetowej. /// Dowiedz się więcej
 
Mapy: | Afryka | Ameryka Pd. | Ameryka Pn. | Antarktyda | Australia | Azja | Europa | Polska
  ŚwiatPodróży.pl » Dzieci kapitana Granta » DkG 63; Wielkie środki Paganela
DkG 63; Wielkie środki Paganela

Juliusz Verne


Glenarvan z towarzyszami zaledwie zdołali umknąć przed strasznym wybuchem. Schronili się do Udu- Pa, ale nie bez tego, aby każdemu nie dostało się po parę kropli wody gorącej o temperaturze dziewięćdziesięciu czterech stopni. Początkowo woda ta miała woń rosołu, wkrótce jednak dał się czuć silny wyziew siarki. Muł, lawa i materje wulkaniczne zlały się w jedną całość. Potoki ognia pruły zbocze Maunganamu, sąsiednie góry rozjaśniły się od wybuchającego ognia, a głębokie wąwozy, silnie oświetlone, rysowały się wdali. Dzicz cała zerwała się, wyjąc, kąsana zębem law, bałwaniących się pośród jej obozu. Ci, których nie dosięgła ognista powódź, uciekali na przyległe wzgórza; a gdy już czuli się bezpieczni, obracali się przerażeni, by podziwiać to straszne zjawisko, ten wulkan, któremu rozgniewane bóstwo kazało pochłonąć świętokradców.

W chwilach, w których słabł łoskot wybuchu, słychać było ich sakramentalny okrzyk: „Tabu, tabu, tabu!” Niezmierna ilość pary, rozpalonych kamieni i law wydobywała się ciągle z krateru Maunganamu. Nie był to już gejzer, taki na przykład, jak te, które sąsiadują z Heklą na Islandji, ale sam wulkan Hekla. Dotychczas wszystkie gazy, skoncentrowane pod szczytem, uchodziły otworem Tongarira; ponieważ zaś znalazły sobie inne wyjście, więc rzuciły się niem z nadzwyczajną gwałtownością i tej właśnie nocy, prawem równowagi, inne wulkany wyspy musiały stracić na swej sile.



W godzinę po zjawieniu się nowego wulkanu na widowni świata szerokie strumienie rozpalonej lawy płynęły jego bokami, a całe legjony szczurów uciekały ze swoich kryjówek, nie zdatnych im już odtąd na mieszkanie. Przez całą noc, wśród burzy rozhukanej na przestworze niebieskim, wulkan buchał z gwałtownością niepokojącą Glenarvana; płomień kruszył brzegi krateru, rozszerzając go! Więźniowie, ukryci za palisadą, niespokojnie śledzili przeraźliwy postęp zjawiska.

Nadszedł ranek, a gwałtowność wulkanu nie zmniejszyła się wcale; gęsta żółtawa para mieszała się z płomieniem, a strumienie lawy wiły się na wszystkie strony. Glenarvan z bijącem sercem przykładał oczy do wszystkich szpar ogrodzenia, śledząc obóz krajowców. Uciekli oni na sąsiednie płaszczyzny, w miejsca niedosięgłe przez wulkan. Kilka trupów zwęglonych leżało u stóp góry; nieco dalej, a bliżej twierdzy, lawa dosięgła ze dwadzieścia chat, z których się jeszcze kurzyło. Tu ówdzie Zelandczycy stali gromadami, przypatrując się z religijnem przerażeniem strojnemu płomienną kitą wierzchołkowi Maunganamu.

Glenarvan dojrzał, jak Kai- Kumu stanął między swymi, podszedłszy do góry od strony nietkniętej przez lawę. Ale nie wszedł na nią, jeno wyciągnął ręce i niby czarnoksiężnik wykonał kilka ruchów obrzędowych, których znaczenia domyślili słę zbiegowie.
- Kai- Kumu - tłumaczył Paganel - obarcza sroższem jeszcze tabu karzącą górę.

Wkrótce potem krajowcy zaczęli odchodzić jeden za drugim, krętą ścieżką, wiodącą do twierdzy.
- Odchodzą! - krzyknął Glenarvan. - opuszczają swoje stanowiska! Bogu dzięki!

Udał się nasz wybieg! Droga Heleno! Drodzy przyjaciele! Więc jesteśmy umarli i pogrzebani! Dziś w nocy zmartwychwstaniemy, wyjdziemy z naszego grobu i umkniemy z pomiędzy tego barbarzyńskiego plemienia. Trudno wyobrazić sobie radość, panującą w Udu- Pa; nadzieja ogarnęła wszystkich. Dzielni podróżni zapomnieli o przeszłości i o przyszłości, używając szczęścia obecnej chwili. A jednak niełatwo było dostać się do osady europejskiej, idąc przez nieznaną okolicę. Ale mieli nadzieję, że pozbywszy się Kai- Kumu, nie spotkają już więcej dzikich.

Major ze swej strony nie ukrywał wcale najwyższej wzgardy, jaką wzbudzili w nim krajowcy, i nie zbywało mu na wyrażeniach, któremi mógł godnie ich nazywać. Sadził się na nie z Paganelem, nie mogąc wybaczyć dzikim ich nieokrzesania. Trzeba było czekać dzień cały, nim nadejdzie chwila ucieczki; użyto go na obmyślenie planu przyszłej wędrówki. Paganel zachował starannie mapę Nowej Zelandji, mógł zatem wyszukiwać na niej najbezpieczniejsze drogi. Po wielu dyskusjach, postanowiono uchodzić w kierunku wschodnim, ku zatoce Plenty. Droga wypadała przez nieznane strony, prawdopodobnie niezamieszkałe. Podróżni, przywykli do wydobywania się z różnych przeciwności i do obracania na swoją korzyść trudności fizycznych, obawiali się tylko spotkania z krajowcami. Chcieli za jaką bądź cenę unikać ich i przedostać się na wschodni brzeg wyspy, jako do miejsca, w którem misjonarze założyli parę osad. A przy tem ważne było to, że tę część wyspy nie nawiedziła klęska wojny.

Odległość od jeziora Taupo do zatoki Plenty wynosiła sto mil; trzeba było zatem robić dziesięć mil dziennie. Była to rzecz możliwa, choć wymagała pewnego wysiłku. Odważna garstka nie lękała się tego w nadziei, że dostawszy się do osad misjonarskich, odpocznie, czekając na szczęśliwą okazję do Aucklandu, gdyż to miasto zawsze leżało w jej planie. Ułożywszy to wszystko, przyglądali się bacznie krajowcom aż do wieczora. Ani jeden nie pozostał u stóp góry; a gdy zupełne ciemności zaległy dolinę Taupo, ani jeden ogień nie ukazał się w bliskości. Droga była wolna.

O dziewiątej Glenarvan dał znak do drogi. Wszyscy uzbrojeni i ubrani kosztem Kara- Tetego, zaczęli schodzić ostrożnie po zboczu Maunganamu. Na czele kroczyli: John Mangles i Wilson, nadstawiając uszu i wytężając oczy. Przystawali za najmniejszym szelestem; badali najdrobniejsze światełko, a każdy z idących za nimi zsuwał się niejako po pochyłości góry, aby nie odstawać od niej. O dwieście stóp poniżej szczytu stanęli nad niebezpiecznem przejściem, tak bacznie strzeżonem poprzednio przez krajowców. Gdyby ci ostatni, przebieglejsi niż ich więźniowie, cofnęli się po to tylko, aby zwabić nieszczęśliwych, i jeżeli wulkan nie uśpił ich czujności, to w tem właśnie miejscu powinniby się ukryć.

Glenarvan, pomimo całej ufności i pomimo żartów Paganela, nie mógł nie doznawać obawy. Ocalenie ich wszystkich miało się rozstrzygnąć w przeciągu tych dziesięciu minut, których potrzeba było na przebycie wąskiego grzbietu; a Glenarvan czuł bicie serca Heleny, opartej na jego ramieniu. Nie myślał jednak wcale o cofnięciu się, tak samo jak John, za którym wszyscy postępowali w zupełnej ciemności. John sunął wąskim grzbietem, zatrzymując się, gdy jaki oderwany kamień staczał się do wąwozu. Gdyby dzicy stali na czatach, każdy taki odgłos mógł wywołać strzelaninę straszną z obu stron grzbietu.

Pełznąc jak węże po tym pochyłym grzbiecie, zbiegowie nieprędko się posuwali; John, dotarłszy do najniższego punktu grzbietu góry, znalazł się zaledwie o dwadzieścia pięć stóp od miejsca, w którem wczoraj obozowali krajowcy; dalej wznosiła się droga dosyć stromem zboczem ku laskowi odległemu o kilka staj. I tę najniższą część minięto bez żadnego wypadku; podróżni już pięli się w milczeniu pod górę. Lasku nie widzieli, ale wiedzieli, że jest tam niezawodnie, i aby tylko nie było jakiej zasadzki, to spodziewali się znaleźć tam bezpieczne ukrycie. Glenarvan zrozumiał, że tabu nie osłania ich już w tej chwili. Część grzbietu pod górę idąca nie łączyła się z Maunganamu, ale z systemem wzgórz, jeżących się na wschodniem wybrzeżu jeziora Taupo. Nie tylko zatem groziły im strzały krajowców, ale można się było obawiać osobistego starcia się z dzikimi.

Jeszcze przez jakie dziesięć minut podróżni posuwali się zwolna pod górę. John nie mógł dojrzeć gęstego gaju, choć gaj ten musiał znajdować się nie dalej, jak o dwieście stóp. Nagle zatrzymał się, a nawet prawie cofnął; zdawało mu się, że słyszy szmer w ciemności. I cały szereg idących za nim przystanął. John stał, nie poruszając się, tak długo, że zaniepokoił resztę zbiegów. Czekali, a w jakiej trwodze, to trudno opowiedzieć. A nuż będą musieli cofnąć się i powrócić na szczyt Maunganamu? Nareszcie John, nie słysząc więcej szmeru, ruszył w górę po wąskim grzbiecie. Niezadługo pożądany gaj zarysował się wyraźnie na tle nocy. Po kilku jeszcze krokach uciekający zniknęli, ukryci w gęstwinie.

Źródło: Wyd. I Internetowe, tł. NN
Tekst powieści pochodzi z pierwszego polskiego wydania książkowego (1873 r.)
bazującego na przedruku z wydania gazetowego jaki publikowany był w odcinkach
w "Gazecie Polskiej" już w 1863 r.

<< wstecz 1 2


w Foto
Dzieci kapitana Granta
WARTO ZOBACZYĆ

Sydney: fascynujące miasto
NOWE WYSTAWY
PODRÓŻE

RTUSA 2: Droga Matka
kontakt | redakcja | reklama | współpraca | dla prasy | disclaimer
copyright (C) 2003-2013 ŚwiatPodróży.pl