AW¦ 2; 11`1998; USA - Kanada - USA
|
|
|
Po leniwym tygodniu w domu, spędzonym z rodzink± w Vancouver, przed telewizorem i komputerem, czas w dalsza drogę. Na południe. Tam gdzie cieplej. Na Alasce zima, w Vancouver ciepła, deszczowa jesień, czy na południu będzie lato? Teraz, pod koniec roku? Zobaczymy. Jutro ruszamy.
24 listopad 1998; Znowu w STANACH!
Seattle. I jest super. Jak zawsze, kiedy podróżujemy. Zero problemu z przekroczeniem granicy. Podwiózł nas Wojtek, granicę przeszli¶my pieszo. Pan urzędnik spytał tylko, czy nic nie przewozimy. Nie? To: "Have a nice day". I nieważne, że moja wiza już straciła ważno¶ć. Ważna jest kartka w paszporcie z Nowego Yorku, że możemy przebywać w tym wspaniałym kraju przez 6 miesięcy.
Za granic± nie zd±żyli¶my jeszcze porz±dnie stan±ć na stopa, już zatrzymał się jeden go¶ciu. Dał nam nawet namiary na swoich znajomych w Seattle, gdzie możemy się zatrzymać. Ale... za dużo dobrego na raz. Mamy akurat umówionych servasowych hostów. Wysiedli¶my w downtown i przeszli¶my się pieszo przez miasto odnaleĽć Nancy i Tony`iego. Kilka kilometrów, z plecakami, już po ciemku i w deszczu. Ale to nic, dobrze trafili¶my. Wspaniałe małżeństwo koło pięćdziesi±tki, dawni hippisi, podróżnicy. I podoba nam się Seattle i w ogóle atmosfera w Stanach. A Wojtek mówił, że jak tylko przekroczy się granice, jest brudno, szaro i ponuro. Ale to samo mówi± Amerykanie o Kanadzie.
25 listopad 1998
Ci±gle pada. Wypożyczyli¶my wiec sobie dwa niezłe filmy z wypożyczalni i tak spędzamy czas w mokrym Seattle.
26 listopad 1998 THANKSGIVING.
¦więto Dziękczynienia. Nancy i Tony id± na tradycyjna imprezę ze znajomymi. Amerykanie ¶więtuj± Thanksgiving jedz±c. Głównie indyki. A my z Chopinem jedziemy do ¶wi±tyni buddyjskiej na wieczorn± medytację. Dostali¶my do dyspozycji samochód.
27 listopad 1998
Tajemnicza magia nasza podróżnicza znowu zaczyna działać ze zdwojon± sił±. Ale po kolei...
Nasza wspaniała rodzinka z Seattle odwiozła nas na wylotówkę. Ruszamy dalej, mamy umówionego kolejnego hosta w Salem, stolicy Oregonu. Dwa pierwsze stopy - natychmiastowe. Potem, aby¶my się zbytnio nie przyzwyczajali, długo, długo nic. I nawet Chopinowi zimno się zrobiło. Ale jak zwykle nie czekamy bez powodu. Czekamy na tego konkretnego człowieka. Mark, ¶mieszny, ekscentryczny go¶ciu na emeryturze. Totalnie po amerykańsku wyluzowany, lekki odjazd na punkcie swoich klocków lego oraz golfa. Cieszy się ogromnie, że się zatrzymał, jeste¶my jego najlepszymi przyjaciółmi. Opowiadamy o naszej podróży, gdy dochodzimy do momentu, gdzie z Kalifornii planujemy przejechać rowerami na Florydę (nasz najnowszy projekt), Mark mówi, że ma akurat dwa rowery, które nam z chęci± odda, bo ani on, ani jego żona ich już nie używaj±. Czy to nie przeznaczenie? No i zamiast w Salem, l±dujemy w domku u Marka, w małym miasteczku za Portland.
A wieczorem zabiera nas na olbrzymi± pizzę (tu rzadko gotuje się w domu), podzielon± na trzy: jeden kawałek ze wszystkimi możliwymi wędlinami i mięsami, drugi wegetariański z serem (dla Chopina) i trzeci wegetariański bez sera, czyli vegański, dla mnie oczywi¶cie.
A jutro Mark zabiera nas na wycieczkę krajoznawcz±, nad ocean, itd, a wieczorem odwiezie nas do Salem.
28 listopad 1998, Salem
Znowu nie trafili¶my do Salem. Mark ma tysi±c planów i pomysłów na minutę, szkoda tylko, że co chwila wszystko się zmienia i nic nie wiadomo. Mówi, że jak mu jego szef, czyli żona pozwoli, to zawiezie nas wszędzie, gdzie tylko chcemy, jest w końcu na emeryturze i nie ma wiele do roboty, poza kończeniem swojego helikoptera z klocków lego i graniu w golfa, gdy nie pada. No ale, zobaczymy.
A dzi¶ zwiedzili¶my małe przyjemne miasteczko na wybrzeżu, Astoria. Weszli¶my na kolumnę widokow±, zjedli¶my obiad w restauracji, a na koniec dotknęli¶my wody w Oceanie Spokojnym. Nie zd±żyli¶my tylko zaliczyć jaskiń z lwami morskimi, ale Mark obiecuje jutro nas tam zawieĽć.
29 listopad 1998
Przyjechała żona Marka, więc nici z lwów morskich... więc tylko niedzielny lunch w napakowanej restauracyjce i w końcu Mark przywiózł nas do Salem. Z rowerami!
Alden, nasz nowy servasowy gospodarz to kolejny niesamowity człowiek, ale zupełnie inaczej. Buddysta. I od lat zajmuje się prac± ze snami. Trochę nam poopowiadał. Magiczne rzeczy. I czytam akurat ksi±żkę pt. "Queen of Dreams", prawdziwa historia kobiety, która od dzieciństwa ¶niła o indiańskim wodzu. Wy¶niła sobie indiańskie tańce i rytuały, które wiele lat póĽniej miała okazję zobaczyć dokładnie, jak w swoich snach. I wyszła za tego indiańskiego wodza, który odwiedzał j± w snach od dzieciństwa. Mieszkaj± teraz w Arizonie. Mam nadzieję, że uda nam się odwiedzić ich po drodze. No, ale to póĽniej.
30 listopad 1998
Rowery. Jaki to cudowny wynalazek. PojeĽdzili¶my sobie dzi¶ przez cały dzień po Salem, głównie po różnych sklepach rowerowych i sklepach z używanymi rzeczami, prowadzonymi przez różne misje. Szkoda, że u nas nie ma takich miejsc. Można tu dostać wszystko i to za zupełne grosze. Tak więc kupili¶my sobie butelki do rowerów, Chopin nowe siodełko i mał± tr±bkę do roweru i czerwone okularki, wszystko za niecałe dwa dolary.
Ale najważniejsza rzecz. Zobaczyłam w jednym z tych sklepów rower. To znaczy rowerów było dużo, ale ja zobaczyłam ten jeden. Piękny. Czerwony. I nazywa się "Free Spirit". Nie opuszczał mnie przez cały dzien. Więc musieli¶my tam wrócić. I kupili¶my go. Za 35 dolarów. Wiem, jeste¶my szaleni, dwa dni temu nie mięli¶my żadnego roweru, teraz mamy trzy. Ale Free Spirit jest cudowny. Podobny do tego niebieskiego co dostałam, tylko nowszy, lepsze opony. No i ten kolor, i ta nazwa. Musimy tylko pozbyć się tego starego. To znaczy sprzedać, za 35 dolarów. Do wszystkich tych sklepów można rowery i wszystko inne tylko ofiarować, ale znajdziemy co¶ jutro.
¬ródło: Pamiętnik Kingi
Tekst zaczerpnięty
z Pamiętnika Kingi
warto klikn±ć
|