AWŚ 6; 3-4`1999 Kalifornia
|
|
|
 |
That`s where it all started - Organica, the raw food restaurant in Frisco |
4 marzec 1999
Odkryłam (w końcu) to centrum Zen, którego szukałam. To założone przez Cheri Huber, której książki oglądałam w księgarni. Choć pewnie to nie przypadek, że szukając tego, trafiłam najpierw na Kanon Do. A to centrum jest na Castro Street. Pięć minut rowerem od naszego mieszkanka. Poszłam od razu, trafiłam na medytacje i warsztat. Dyskusja o umieraniu. A 14 marca będzie prowadziła kilkugodzinny warsztat sama Cheri Huber.
Znowu to zrobiliśmy. Zupełnie nieoczekiwanie. Przejechaliśmy się rowerami, długa przejażdżka, poprzez jakieś rezerwaty przyrody aż do Palo Alto. I zobaczyliśmy małe lotnisko. Co nam to przypomina? Czemu nie? I udało się. Wchodzi nam to w krew. Gościu leciał swoim czteroosobowym samolocikiem na jakieś inne lotnisko w San Jose. Zostawiliśmy rowery i polecieliśmy. Krótko, ale przyjemnie. Zobaczyć okolicę z góry. I zza chmur pokazały się rozchodzące aż do ziemi promienie słońca. Wracaliśmy przez dwie godziny autobusem.
3-4.1999
Długa przerwa w pisaniu. Prawie dwa miesiące. Ciągle piszę w moim pamiętniku, ale nie wszystko nadaje się do publikowania tutaj, a reszta nie zawsze jest na tyle ciekawa. W każdym razie w dużym skrócie spróbuję przypomnieć sobie, co się wydarzyło. Mieszkamy sobie w nowym mieszkanku, urządziliśmy się milutko i żyje się bardzo przyjemnie. Rano do kawiarenki (Chopin do swojej pracy przy komputerze w zakładzie z maszynami), po południu wymyślam ciągle to nowe rzeczy na surowy obiadek. W weekendy przeważnie gdzieś wypadamy.
Jednego weekendu pojechałam sobie sama do zenowskiego klasztoru w górach, cztery godziny drogi od nas na dwudniowe odosobnienie i warsztaty (self discovering). Dużo się dowiedziałam. O sobie. I co najciekawsze od siebie samej.
Jeden z weekendów, w piątek odebrałam Chopinka z pracy i pojechaliśmy prosto stamtąd w pobliskie góry. Przed siebie. Pojeździliśmy wąskimi serpentynami w górę, połaziliśmy trochę i znaleźliśmy wieczorem jeziorko. Zupełnie odosobnione, otoczone wzgórzami. I tam spędziliśmy noc. Pod gwiazdami. A rano obudziły nas dziwnie się na nas gapiące żaby - wystające z jeziora same wyłupiaste oczy (zrobiłam zbliżenie na zdjęciu, ale nie wiem, kiedy uda się nam zeskanować i wrzucić na nasza stronę. Chyba nie mają tu wielu takich gości.
Jason pojechał na dziesięć dni do Tajlandii spotkać się tam z Gosia - swoja dziewczyna. Ostatnio on był w Polsce, latem ona przyjeżdża tutaj, teraz postanowili spotkać się gdzie indziej.
A my tydzień temu pojechaliśmy sobie do parku Yosemite. Połaziliśmy po górach trochę, choć sporo dróg, tras i gór było jeszcze zamkniętych po zimie. Dziwnie to brzmi - jak można zamknąć górę. Ale jeszcze za dużo śniegu, za bardzo niebezpiecznie podobno. Ale udało nam się podejść wysoko do spadu olbrzymiego wodospadu. I w "Mirrror Lake" popodziwiać odbijające się rzeczywiście jak w lustrze olbrzymie skaliste góry.
To tydzień temu. A teraz już czas ruszyć dalej.
Pożegnałam już się z kawiarenką i jej stałymi bywalcami, od których dostałam piękną kartkę z wijącą się i znikającą za horyzontem pustą drogą. Akurat na naszą podróż. Chopin też skończył prace. Dostał zaległą wypłatę. Tyle kasy nigdy jeszcze nie mieliśmy. I w zeszły piątek wyprawiliśmy pożegnalną imprezke dla znajomych z pysznym (daruję sobie fałszywą skromność) - z autentycznie rewelacyjnym surowym obiadkiem. Moja zupka z soku ze świeżo wyciśniętej organicznej marchewki, avocado i tahini. Tabouli salad. Kapusta z orzechami i grzybkami w wykonaniu Chopina. Truskawkowe smoothie i owocowa sałatka Jasona - własnoręcznie przez niego zrobiona (byliśmy pod wrażeniem, a że to dwie jedyne rzeczy, jakie Jason potrafi w kuchni przygotować - dobrze się składa, że akurat dwie wegańskie i surowe). I na deser moje najlepsze ciasteczka migdałowo daktylowe i ciasto z czekoladą (no nie zupełnie, ale polewa z orzechów cashew i carrobu jest nie do pobicia).
Tyle o naszym życiu kulinarnym. Teraz się pakujemy. Nazbierało się przez tych parę miesięcy trochę rzeczy. Wysyłamy sporo do Polski - rzeczy, których nie będziemy w stanie nosić na plecach przez resztę świata, a z którymi nie chcemy się rozstać (typu nasz wspaniały dehydrator, blender, książki i inne drobiazgi).
Ruszamy pojutrze. Jason nie może się z nami rozstać, więc bierze znowu parę dni wolnych i pojedzie z nami aż do Las Vegas. Przez Los Angeles i San Diego. A potem już stopem. Chcemy zobaczyć Grand Canyon i inne niesamowite parki narodowe w okolicy. I pod koniec maja chcemy dotrzeć do Tennessiee, spotkać się z moją mamą i jej dzieciakami, którzy przyjeżdżają na finały światowe Odysei Umysłu. Taki jest w skrócie i ogólnym zarysie plan. Co potem - zobaczymy? Co po drodze - się okaże.
Jak zawsze przy takich okazjach, mieszane uczucia. Z jednej strony smutno, bo dobrze nam tu było i tyle rzeczy trzeba będzie zostawić (moja kawiarenkę, środowe medytacje i wykłady w "Kanon Do", księgarnie, itd. a także wygody osiadłego życia takie jak mieszkanko, samochód, komputer, do których tak szybko się przyzwyczajamy); z drugiej strony fajnie, bo znowu ruszamy w drogę, znowu nowe miejsca, ludzie, zdarzenia, znowu nie będziemy wiedzieć, gdzie nam przyjdzie spać tej nocy, kogo spotkamy po drodze. I to jest właśnie najciekawsze. Znowu w drogę
Źródło: Pamiętnik Kingi
Tekst zaczerpnięty
z Pamiętnika Kingi
warto kliknąć
|