HAWAJE
03:11
CHICAGO
07:11
SANTIAGO
10:11
DUBLIN
13:11
KRAKÓW
14:11
BANGKOK
20:11
MELBOURNE
00:11
Ogłoszenie niepłatne ustawodawcy Serwis wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu: utrzymania sesji zalogowanego Użytkownika, gromadzenia informacji zwiazanych z korzystaniem z serwisu, ułatwienia Użytkownikom korzystania z niego, dopasowania tresci wyswietlanych Użytkownikowi oraz tworzenia statystyk ogladalnoœci czy efektywnoœci publikowanych reklam. Użytkownik ma możliwoœć skonfigurowania ustawień cookies za pomocš ustawień swojej przeglšdarki internetowej. Użytkownik wyraża zgodę na używanie i wykorzystywanie cookies oraz ma możliwoœć wyłaczenia cookies za pomoca ustawień swojej przegladarki internetowej. /// Dowiedz się więcej
 
Mapy: | Afryka | Ameryka Pd. | Ameryka Pn. | Antarktyda | Australia | Azja | Europa | Polska
  ŚwiatPodróży.pl » 15 letni kapitan » 15K I-3; Rozbity statek
15K I-3; Rozbity statek

Juliusz Verne


Krzyk ten zwabił wszystkich na pokład. Nie mówiąc o kapitanie, pani Weldon i Noon, nawet kuzyn Benedykt oderwał się od swych zbiorów i zaciekawiony wychylił głowę zza drzwi swej wiecznie zamkniętej kajuty. Jeden tylko Negoro pozostał głuchy, jak zwykle, najzupełniej obojętny nawet na ten wypadek. Cóż go obchodzić mógł cudzy rozbity statek? Wszyscy wpatrywali się z uwagą w daleki, ciemny punkt na morzu, znajdujący się od nich w odległości trzech mil.

- Nie ma wątpliwości, że jest to wrak! - powiedział kapitan.
- Ach, Boże! - zawołała wtedy pani Weldon - Kapitanie, śpieszmy tam! ...
Przecież na tych szczątkach znajdować się mogą ludzie oczekujący pomocy!
- Przekonamy się o tym - odpowiedział spokojnie Hull, który, zwracając się następnie do sternika, zakomenderował: - Howicku, skieruj statek ku rozbitym szczątkom.

W bardzo krótkim czasie "Pilgrim" znalazł się w odległości pół mili od wraku. Wtedy wszyscy z całą dokładnością zobaczyli, iż statek, leżący na lewym boku, był ciężko uszkodzony i fale zalewały jego część znajdującą się już w wodzie.
- Tutaj miało miejsce zderzenie dwóch statków - powiedział z bólem w głosie kapitan Hull, pokazując pani Weldon dużą szczelinę widniejącą w prawej burcie okrętu - gdyby otwór ten znajdował się pod wodą, statek zatonąłby już dawno; na szczęście stało się inaczej.
- No, w takim razie chwała Bogu, że przynajmniej na tym nieszczęsnym statku nie ma rozbitków - rzekła z westchnieniem ulgi pani Weldon - bo przecież statek, który był winowajcą zderzenia, musiał wziąć niewątpliwie całą załogę statku poszkodowanego na swój pokład.
- Tak przynajmniej statek ten powinien zrobić - odpowiedział kapitan - mogło się stać i inaczej, mianowicie tak, że załoga tonącego statku zmuszona została do szukania ratunku na swych własnych szalupach. Bardzo często się bowiem zdarza, iż statki, które wyszły cało z wypadku, ratują się ucieczką, ażeby uniknąć odpowiedzialności.

Pani Weldon podniosła wtedy na mówiącego swe piękne, pełne zdumienia oczy.
- Czyżby mogli się znaleźć ludzie - zawołała - do tego stopnia podli, by pozostawić bez ratunku tonących, świadomi tego, iż są winni nieszczęściu? Czyżby mógł się znaleźć kapitan do tego stopnia nieludzki?
- Niestety, podobnego rodzaju nikczemnicy trafiają się dość często pomiędzy żeglarzami wszystkich narodowości, zaś najczęściej - pomiędzy Anglikami. Chęć uniknięcia odpowiedzialności, a zwłaszcza obawa, iż w razie stwierdzenia winy trzeba płacić odszkodowanie za uczynione straty, sprawia, iż winowajcy, nie troszcząc się o załogę skazaną przez nich na zagładę, szybką ucieczką starają się zatrzeć swój ślad. I w tym wypadku tak właśnie się niewątpliwie stało, zaś moje mniemanie opieram na fakcie, że nie widzę przy burcie tonącego statku ani jednej łodzi ratunkowej. Gdyby załoga była przyjęta na pokład tamtego statku, szalupy by pozostały.
- Może jednak zostały one porwane falami - nieśmiało odważył się wtrącić swe zdanie młody Dick.
- Byłyby wtedy resztki sznurów, a tych nie widzę tutaj - odpowiedział kapitan. - Wynika stąd, iż były opuszczane na wodę przez samą załogę.
- A więc należy jedynie prosić Boga, ażeby nieszczęśliwym pozwolił cało dotrzeć do brzegów - żałosnym głosem powiedziała pani Weldon.
- Niestety! ... Stać by się to mogło cudem jedynie. Najbliższy ląd jest tak daleko, iż nadzieja ocalenia równa się zeru.
- Mamo, mamo! - wmieszał się nieoczekiwanie do rozmowy mały Janek. - Mnie się zdaje, iż z tamtego statku dochodzi do nas jakiś głos. Może więc tam ktoś został?
Te słowa chłopca zastanowiły wszystkich. Zaczęli się uważnie przysłuchiwać.
- Mam wrażenie - powiedział Dick - jakbym słyszał szczekanie psa.
- Tak jest - zawołał radośnie Janek - to piesek szczeka! My go uratujemy, prawda, mamusiu?...
- Poproś o to kapitana, dziecino moja! On jest tutaj panem - odpowiedziała ciepłym głosem pani Weldon. - Jestem jednak przekonana, że wysłucha on twej prośby.
- Uczynię to bez najmniejszego sprzeciwu, proszę pani. Grzechem by było pozostawiać na pastwę głodowej, powolnej śmierci nieszczęśliwe stworzenie.

Po wypowiedzeniu tych słów zacny kapitan zwrócił się z rozkazem do sternika:
- Hallo! ... zatrzymać statek i spuścić na wodę szalupę. Dicku - mówił dalej kapitan, zwracając się do praktykanta - popłyniesz ze mną, aby obejrzeć szczątki i przyprowadzić na statek tego nieszczęśliwego psiaka.
- Słucham! - odpowiedział młody chłopiec, przywykły do ślepego posłuszeństwa.

Nie upłynęło pięć minut, gdy mała łódka kapitańska płynęła ku resztkom rozbitego statku, popychana dwoma parami wioseł, znajdujących się w żylastych rękach dwóch marynarzy. Młody Dick zajął miejsce przy sterze i skierował łódkę ku rufie, gdzie jak się wydawało, najłatwiej było można wydostać się na pokład.

W miarę zbliżania się statku, szczekanie słychać było coraz wyraźniej, aż na koniec wielki pies ukazał się na pokładzie, utrzymując się z trudem na pochyłości.
- Dicku! ... stop! - zakomenderował kapitan. Pies, na widok zbliżających się, zaczął ujadać gwałtownie, a następnie wyć żałośnie i podbiegać do drzwi prowadzących do wnętrza statku.
- Czyżby się tam ktoś znajdował? - krzyknął kapitan.
- Uważaj, piesku, uważaj, bo spadniesz - wołał tymczasem z oddali mały Janek, przesyłając psu pocałunki. Pies na ten głos ucichł nagle, wyciągnął mordę i zaczął węszyć. W tej samej chwili ze swego kuchennego państwa wyszedł na pokład Negoro i w milczeniu, jak zazwyczaj, zbliżył się ku przodowi statku. Zaledwie Negoro zaczął się zbliżać ku rozbitemu statkowi, idąc po pokładzie "Pilgrima", zachowanie psa zmieniło się zasadniczo. Ze wściekłym ujadaniem zaczął się rwać ku "Pilgrimowi" i była taka chwila, iż chciał się już rzucić do wody.

Brwi Portugalczyka na widok psa zmarszczyły się, a twarz, zawsze blada, nabrała ziemistych odcieni. Negoro niczym nie ujawnił swego wzburzenia i, równie spokojnie jak przyszedł, wrócił do swej kuchni, jakby nie znajdując nic ciekawego w widoku tonącego statku.
- Co się temu psu nagle stało, wściekł się, czy co? - zapytał kapitan Hull ze zdziwieniem.
Lecz wraz z odejściem Negora i pies uspokoił się momentalnie.
- Biedak, najwidoczniej ginie z głodu - zrobił uwagę kapitan - i to go chwilami doprowadza do szału. Łódź tymczasem przybiła już do burty tonącego statku, wynurzającego się z wody i wtedy Dick przeczytał nazwę okrętu: "Waldeck". Nic ponadto. Z budowy pudła i z różnych szczegółów, które ujść nie mogły fachowemu oku, kapitan Hull wywnioskował, iż "Waldeck" był zbudowany w Ameryce, czego dowodziła zresztą sama nazwa. Statek miał około 500 ton nośności.

Poza psem na statku nie było najmniejszego śladu żywej istoty. Stan pokładu okrętowego, z którego fale zmiotły już wszystko, ujawniał, iż katastrofa wydarzyła się dość dawno.
- Jeżeli na statku tym pozostali nawet ludzie, to od dawna musieli już poumierać z głodu i pragnienia - odezwał się smutnym głosem sternik - i jestem zdumiony, że ten pies żyje jeszcze, wypadek bowiem zdarzył się co najmniej dwa tygodnie temu.
- Masz całkowitą rację, Howicku - przyznał kapitan - jednak obowiązkiem naszym, gdy już tu jesteśmy, jest zbadać wnętrze statku, zwłaszcza iż zachowywanie się tego psa daje do myślenia. Być może, iż znajdziemy jeszcze pod pokładem nieszczęśliwych, czekających na ratunek.
- Znajdziemy co najwyżej parę trupów - pochmurnie odpowiedział stary sternik.
- Mylisz się, Howicku - pełnym wiary głosem odezwał się Dick. - Inne byłoby zachowanie tego psa, gdyby w kajutach nie było nikogo żyjącego.
Pies, jakby zrozumiał te słowa, z głośnym skowytem podskoczył ku drzwiom prowadzącym do kajut, a następnie jednym skokiem rzucił się do wody i zaczął płynąć ku łódce, na którą wydostały go bez większego trudu silne ręce majtków i Dicka. Gdy pies znalazł się już w łodzi, natychmiast podbiegł do beczułki ze słodką wodą i zaczął pić.
- Otóż to - zawołał sternik - czyż nie mówiłem? ... biedak zdychał z pragnienia. No, teraz możemy już śmiało wracać do "Pilgrima".
Mówiąc to, uderzył wiosłami, które oddaliły natychmiast łódkę od rozbitego pudła. Lecz pies spostrzegł to natychmiast, bez najmniejszego ociągania się przestał gasić pragnienie i zaczął wyć żałośnie, zwracając mordę ku okrętowym szczątkom. Jego postać i wycie były tak wymowne, że zrozumieć je musiał każdy. Nie mogło już być najmniejszej wątpliwości, iż na statku ktoś się znajdował, najprawdopodobniej właściciel psa. Lecz z jakich przyczyn nie dawał on znaku życia? Jeżeli żyje, to słyszeć musiał przecież głosy nawołujących majtków... Dlaczego więc nie odpowiada? ...

Nie można było wahać się dłużej. Łódka ponownie przybliżyła się do pudła, a gdy to się stało, pies momentalnie wydostał się na pokład i stanął przy drzwiach kajuty, przymilającym skomleniem przywołując przybyłych.

Dick i kapitan podążyli za nim i wydostali się na pokład, po którym, czołgając się z wielkim trudem, dotarli do przejścia między masztami i weszli pod pokład. Gdy się tam znaleźli, ujrzeli pięć ciał, które leżały bez ruchu na podłodze, zdawało się, że martwe. Byli to Murzyni.
- Spóźniliśmy się! - smutnie powiedział kapitan, zdejmując czapkę z głowy.
- Niech ich Bóg przyjmie do Chwały Swojej.
Lecz pies najwidoczniej nie podzielał tego zdania, gdyż z głośnymi skowytami rzucał się na nieruchome ciała, liżąc ręce i twarze.
- Możliwe, iż w biedakach tych tli się jeszcze życie, że znajdują się oni w silnym omdleniu, wywołanym wycieńczeniem organizmu - odezwał się Dick. - W każdym razie nie możemy ich tak pozostawić, bez próby przyprowadzenia ich do przytomności. Aby to zrobić, wszyscy zostali przewiezieni szalupami na pokład "Pilgrima", gdzie po licznych zabiegach zaczęli powracać do życia. Wtedy kapitan zawołał Negora, ażeby ten dał bulionu i rumu dla uratowanych.

Kapitan nie zdążył wymówić słowa "Negoro ", gdy pies, który do tej chwili tulił się do uratowanych, skomląc cicho, stanął wyprostowany i zaczął pokazywać groźne kły.
- Negoro! - zawołał kapitan ponownie. - Ogłuchłeś, czy co? Portugalczyk ukazał się na koniec na pokładzie, lecz wtedy pies jednym skokiem rzucił się na niego, chcąc go pochwycić za gardło. Na szczęście inni majtkowie powstrzymali rozjuszone zwierzę.
- Co to ma znaczyć? - zapytał zdziwionym głosem kapitan Hull - Dlaczego pies ten, taki łagodny dla wszystkich, tobie jednemu pokazuje zęby, Negoro? Czy go znałeś? A może wyrządziłeś mu jakąś krzywdę?
- Ja? Pierwszy raz w życiu widzę tą bestię - spokojnie odpowiedział Negoro - psisko oszalało z głodu i ma coś przeciw mnie.
- Dziwna sprawa - szepnął do siebie Dick - i myślę, że pies ten mógłby nam opowiedzieć wiele o przeszłości tego człowieka, którego nie znamy zupełnie.


Źródło: Wyd. I Internetowe, tł. NN
Tekst powieści pochodzi z pierwszego polskiego wydania książkowego (1873 r.)
bazującego na przedruku z wydania gazetowego jaki publikowany był w odcinkach
w "Gazecie Polskiej" już w 1863 r.

1


w Foto
15 letni kapitan
WARTO ZOBACZYĆ

Tasmania: W poszukiwaniu diabła
NOWE WYSTAWY
PODRÓŻE

GLP 1; Quito
kontakt | redakcja | reklama | współpraca | dla prasy | disclaimer
copyright (C) 2003-2013 ŚwiatPodróży.pl