AWŚ 8; 6`1999; Z Atlanty do Rainbow
|
|
|
Odpadają mi ramiona. Plecak zabija mi radość z piękna krajobrazu, gór, drzew, ścieżki. Ale chyba się przyzwyczajam, bo dzisiejsze 7,5 mili wydawało się krótsze niż wczorajsze niekończące się 5 mil. I też z dwoma przystankami na przeczekanie deszczu pod rozpiętą genialnie przez Chopina płachtą. Kolejne schronisko. Ostatnie już. Jutro ostatni dzień. Na szczęście, bo skończyło się już jedzenie. Zjedliśmy właśnie po avocadzie i ostatnim pomidorze na obiad. Zostało jeszcze tylko trochę (garść) słonecznika i jeszcze mniej rodzynek. Na szczęście dostaliśmy wczoraj w poprzednim schronisku od dziadka, starego scouta woreczek z mieszanką turystyczną orzechów i suszonych owoców. Będzie na jutro.
Pogoda w tych górach dziwna. Gorąco, słońce, upał i nagle ni z tego ni z owego chmury z burzą i nagłym ulewnym deszczem. Dziś na trasię cudownie kwitnące jakieś drzewa, nie wiem jak się nazywają. A widoków niewiele, bo idzie się w większości, w tunelu z drzew, a jak się coś odsłoni to zasnute jest wieczną mgiełką. Podobno częściowo od zanieczyszczeń powietrza, choć mam nadzieję, że tylko częściowo, bo w końcu Smoky Mountains skądś swoją nazwę wzięły, a zostały nazwane w czasach przed zanieczyszczeniami powietrza.
11 06.99
Ostatni dzień wędrówki. Jeden z najcięższych. I choć nie mieliśmy już jedzenia, oprócz woreczka "Trail Mix", to nie głód doskwierał mi najbardziej. Właściwie głód nie doskwierał mi wcale. Przyzwyczailiśmy się już chyba mniej jeść. Planowaliśmy wstać wcześnie rano i szybko wyjść na trasę. Typowo, ten plan nie wypalił. Chopin skończył praktykę, spakowaliśmy rzeczy, zarzuciliśmy placaki i ruszyliśmy o naszej zwykłej porze, w pół do jedenastej. Na szczęście już głównie w dół. Z jakieś osiem mil do końca parku, potem jeszcze dalej milę Appalachian Trail do autostrady. Jak dobrze, że to już ostatni dzień. Piękne są Smoky Mountains i nasza scieżka, ale ramiona mam już mocno nadwyrężone. Poza tym dwa razy się na trasię z całym plecakiem przewróciłam, raz zdarłam jedno kolano, raz drugie.
Za drugim razem Chopin był już kawałek z przodu, ja z mozołem wydostaję się spod plecaka i słyszę jakieś szelesty w krzakach nieopodal. Patrzę - niedźwiedź. Czarny niedźwiedź. Jeszcze w pewnej odległości, ale idzie w moją stronę. Zostawiam plecak tam, gdzie upadł razem ze mną, na środku ścieżki i biegnę w dół, po Chopina. Na szczęście zatrzymał się niedaleko. Przerażona, z połową nogi we krwi od zdartego kolana wołam: "Chopin, niedźwiedź!" Idziemy razem. Chopin stwierdza, że to nie niedźwiedź, ale niedźwiadek, że nie ma co się bać. Być może. Gorzej, jak pokaże się jego mama. Zanim udaje mi się wydostać aparat niedźwiadek zauważa nas i sam przerażony daje nogę. A Chopin bierze mój plecak i idziemy opatrzyć moje zadrapania. I dalej w dół.
Z obolałymi nie tylko ramionami, ale i kolanami, człapiemy się powoli z wizją drogi i samochodu, który zabierze nas do dużego sklepu pełnego owoców i warzywek. Późnym popołudniem słychać w końcu odgłosy autostrady. Końcowy odcinek wzdłuż górskiej rzeczki, więc korzystamy z okazji i bierzemy kąpiel (bez mydła). Zmywamy w lodowatej wodzie pot i kurz czterech dni wędrówki, przebieramy się w czyste rzeczy, świeże skarpetki, itd. Teraz gotowi jesteśmy powrócić do cywilizacji.
Autostrada międzystanowa nr 40. Zatrzymuje się nam dziewczyna, w naszym wieku albo młodsza. Lepiej być nie mogło. Nie tylko zawozi nas do Ashville, gdzie zwiedzamy downtown (naprawde miłe, wyluzowane miasto, pełne młodych ludzi na ulicach), ale jeszcze robimy upragnione zakupy i Debbie wywozi nas na naszą Blue Ridge Parkway, którą zamierzamy pojechać do końca, na północ. Debbie jeździ sobie po Stanach, odwiedza znajomych, śpi często w samochodzie. Razem szukamy miejsca do przenocowania. Boczna dróżka, las, kawałek płaskiego terenu. Rozkładamy śpiwory, namiocik nad głowami z płachty. Kładziemy się szczęśliwi, że dotarliśmy, że nie jesteśmy głodni, że mamy gdzie spać.
Nagle światła. Podjeżdża samochód i słyszymy groźny głos: "This is private property. I expect you out of here". Nigdy jeszcze tak bardzo nie miałam ochoty się ruszać. Ale cóż. Wpakowaliśmy wszystko znowu do samochodu i dalej. Następne miejsce już w porządku, przy małej leśnej dróżce, ale już na pewno nie czyjeś "private property". Spać.
12 06.99
Debbie odwiozła nas z powrotem na naszą Blue Ridge Parkway. Pożegnaliśmy się i pojechała w swoją stronę. A my znowu na stopa. Spotykamy ostatnio "swoich" ludzi. Gościu w średnim wieku, też dużo łazi z plecakiem. Też był kiedyś stopem na Alasce. Bywał na Rainbow, a ostatnio czyta "Tybetańską Księgę Życia i Umierania". Zawiózł nas na Mt. Michel - najwyższą górę na wschodnim wybrzeżu - tak, można na nią wjechać. I na górze jest restauracja. Potem dalej kawałek naszą drogą. Właśnie przerwa na lunch. Zjedliśmy pyszną, olbrzymią sałatkę z selera naciowego i pomidorów zagryzaną rzodkiewkami. I łapiemy dalej.
Dalej też mamy szczęście. Zabrał nas Dave, który zawsze zabiera stopowiczów, ale tylko z długimi włosami. Zaprosił nas na chwilę do siebie, tzn. do olbrzymiej willi swojego teścia w miasteczku Hanging Rock. Gdyby to był jego dom moglibyśmy zostać. Tak tylko skorzystaliśmy z komputera, wzięliśmy prysznic, zjedliśmy arbuza z jego rodzinką. Super wyglądał dwuletni Joshua, specjalnie rozebrany do tego celu, na tarasię z kawałkiem arbuza, który zciekał mu z buzi, po brzuszku, rękach, nogach, aż na drewniane deski tarasu.
Dave zabrał nas jeszcze na imprezę w parku pt. "Art in the Park", gdzie chcieliśmy posprzedawać kartki z moimi zdjęciami (zrobiliśmy to raz na festiwalu w Knoxville i ludzie kupowali), ale nam nie pozwolili. Sporo było stoisk z fotografiami. Kartki naszego formatu w takiej samej cenie, a te same zdjęcia znacznie powiększone, oprawione w eleganckie paspartu, za szkłem i w ramce, dochodziły do kilkuset dolarów. Połaziliśmy, popatrzyliśmy i Dave zawiózł nas z powrotem na naszą drogę. Daleko już nie zajechaliśmy, bo się zciemniło, więc rozłożyliśmy się w miłym miejscu w lasku.
13 06.99
Nie mogliśmy wybrać lepszej drogi. Wijąca się bez pośpiechu pomiędzy lasem i górami, wąska Blue Ridge Parkway jest chyba najprzyjemniejszą drogą, jaką jechalismy w tym kraju. Rownież dlatego, że nikt tu się nie spieszy. Komu się spieszy, wybiera proste, szybkie i nudne autostrady międzystanowe, albo inne główne drogi. Dziś pół dnia ze starszą parką. Dziadek, chyba koło osiemdziesiątki, ledwo chodzi, ale prowadzi. Z Florydy przylecial tu samolotem, wynajął samochód i jeździ sobie ze swoją znajomą takimi właśnie dróżkami. Zaprosili nas na lunch. Typowo już, zamówiliśmy sałatkę (bez kurczaka, sera i dressingu).
Dalej też ciekawie. Parę razy po parę, czy parenaście mil z lokalnymi ludźmi. Z jednym gościem pojechaliśmy nawet na jego farmę, bo roztoczył przed nami wizję włoskich orzechów, które podobno zaścielają jego ogródek spadając z drzew. Chopin od dawna już marzy o orzechach, a niestety są tu one zabójczo drogie, jesli w ogóle są (nie prażone). Niestety, wizja się rozwiała po znalezieniu kilku zaledwie sztuk z zeszłorocznej jesieni. Farmer jeszcze poczęstował nas piwem (ja nie korzystam, ale Chopin i owszem) i odwiózł znowu na drogę. Niesamowite, jego marzeniem zawsze było zobaczyć Wielki Kanion. A my byliśmy tam zaledwie parę tygodni temu. Nie wiem dlaczego ludzie nie zdają sobie sprawy, że naprawdę: "Dreams come true if you only want them to. Don`t take longer, take things in your hands" (cytat ze spektaklu dzieciaków).
14 06.99
Rano. Pobudka na brzegu lasku, niedaleko Roanoke, gdzie dowiózł nas wczoraj jeden filmowiec z wybrzeża. Zahaczyliśmy w mieście o sklep, uzupełniliśmy zapasy i przywiózł nas z powrotem na B.R.P., tylko niestety wysadził na przecięciu z jakąś większą drogą, całą noc jeździły ciężarówki. Ale za chwilą, jak tylko się zwiniemy ruszamy dalej. Powoli do przodu. Większość dnia z jednym gościem. Tym razem Chopin usiadł z przodu i prowadził konwersację, ja mogłam zrelaksować się na tylnym siedzeniu i spokojnie rozkoszować krajobrazem, zmieniającym się za każdym zakrętem.
Blue Ridge Parkway przeszła w Skyline Drive i wjechaliśmy do Shenandoah National Park. W sumie podobnie, tylko jesteśmy w parku narodowym. Gościu zostawił nas pod wieczór w Big Meadows. Piękne miejsce, bo na łąkach wśród lasów pełno jeleni. Młode z zaciekawieniem obserwują ludzi, w ogóle się nie boją. Rozkładamy się w lesie, Chopin robi z naszej zielonej płachty miły daszek, bo niebo jakoś spochmurniało. Po kolacji z kukurydzy i wspaniałych pomidorów idziemy do pobliskiego "visitor center" zatelefonować, aby znaleźć jakichś servasowych hostów na jutro. Zbliżamy się do stolicy.
Źródło: Pamiętnik Kingi
Tekst zaczerpnięty
z Pamiętnika Kingi
warto kliknąć
|