AWŚ 9; 7`1999; Z Chicago rzekostopem do Kentucky
|
|
|
Pół nocy nie mogłam spać z gorąca. Na szczęście wczesna pobudka i ruszamy. Słońce znowu nieźle daje, ale płynąc ma się orzeźwiający wiaterek.
Jak cudownie, obudzić się na łodzi, ruszyć z samego rana i zjeść świeżego ananasa na śniadanie, siedząc z przodu na pokładzie i obserwując wodę i zmieniający się krajobraz przy brzegach. Zrobiło się pięknie.
Zostawiliśmy prosty kanał i przemysłowe nabrzeża. Teraz prawdziwa, szeroka rzeka z powolnymi zakrętami, drzewami i roślinami na brzegach. Rzeka Illinois.
Minęliśmy przed chwila znak, że do Mississippi 205 mil. Suniemy sobie powoli do przodu. Oddałam właśnie ster Chopinowi. Dziadek ma teraz dobrze, może siedzieć tylko w wygodnym fotelu i pić kawę, i ma czas usmażyć sobie naleśniki.
Wczoraj na jednej tamie gościu widząc nasze plecaki zapytał dziadka: "Where did you get the hitch-hikers from?" (Skąd wziąłeś stopowiczów?) - "I picked them up at Lockport Lock, the`re hard to find these days, especially good ones" (Zabrałem ich ze służy Lockport, ciężko znaleźć stopowiczów w dzisiejszych czasach, szczególnie dobrych) - taki dostaliśmy komplement od kapitana.
26.07.99
Wczoraj nocleg ze zrzuconą kotwicą niedaleko Peorii. Minęliśmy też wcześniej miasteczko Peru, a potem Rome - prawdziwa podróż dookoła świata i jaka szybka.
A dziś małe miasteczko Havana zaskoczyło mnie mile wspaniałym sklepem z używanymi książkami, gdzie wymieniłam moją "Zen i sztuka naprawiania motocykli" na parę innych książek.
W pierwszym sklepie, do którego weszłam, starym sklepie, z jeszcze starszymi antykami, spotkałam człowieka, który podwiózł mnie kawałek poza miasteczko do sklepiku przy farmie melonów.
Wyszłam z czterema (więcej nie dałabym rady zabrać) olbrzymimi, dojrzałymi melonami, za darmo, bo podobno zbyt dojrzałe, mieli cały stos na wyrzucenie. Do tego brzoskwinie i kukurydza prosto z pola. Miła przerwa na owocowo-książkowe zakupy i płyniemy dalej.
27 .07.99
Wczoraj w Beardstown nie było gdzie przycumować, więc zrzuciliśmy kotwicę. Przyjemnie jest z kotwicą, bo łódka unosi się wtedy wolno wokół, tak jak ma ochotę. Tylko - nie można wyjść na ląd.
Wykąpaliśmy się w gorącej rzece i obserwowaliśmy do późna w nocy zbliżająca się burze z zachwycającymi błyskawicami. Powiało, burza przyjemnie ochłodziła atmosferę, dało się spać w nocy.
A dziś dalej w dół rzeki Illinois. Nie ma tu zbyt wiele do roboty. Zjadamy śniadanko, obserwujemy rzekę, czytamy, zasypiamy, budzimy się, robimy sałatkę, ćwiczymy jogę na dachu łódki, itd.
W końcu zatrzymujemy się na noc z kotwicą koło 12 Mile Island - wyspa 12 mil od Mississippi. Dziadek ma ponton. Pompujemy, zrzucamy na wodę i wiosłujemy do brzegu, gdzie wymarzyłam sobie winogrona. Nie wiem dlaczego akurat o winogronach pomyślałam, nawet jeszcze na nie nie pora i w ogóle nie wiem, czy tu rosną, ale... znaleźliśmy. Miniaturowe, dziko rosnące. I dojrzale!
28.07.99
Missisipi - wielka, szeroka rzeka. Illinois River była ładniejsza, bo mniejsza. Mieliśmy spore plany na St. Luis. Duże miasto, wiedzieliśmy, że jest tu w końcu nasz "Bank of America", którego nigdzie na północy nie mogliśmy znaleźć.Poza tym zakupy, poczta, biblioteka.
Tylko... nie było ani jednego miejsca na przycumowanie łódki. Tam, gdzie kiedyś były małe przystanie, mówi dziadek, teraz stoją tylko olbrzymie "gambling boats" (łodzie kasyna) - wiadomo, najlepszy biznes.
Chcąc nie chcąc popłynęliśmy dalej. Na szczęście znaleźliśmy po południu miłą, prywatną przystań. Wzięliśmy dziadka rower z koszykami na zakupy (dziadek przygotowany jest na wszystko) i popedałowaliśmy (tzn. pedałował Chopin, ja na bagażniku) do miasteczka na zakupy.
Dosyć drogi, jedyny sklepik, ale do zakupów dorzucili nam w prezencie parę dojrzałych melonów.
29 .07.99
Pokonaliśmy dzisiaj sporo mil rzecznych sunąc z prądem do przodu, za stanem Illinois po naszej lewej i Missouri po prawej stronie. Jutro dotrzemy do rzeki Ohio, którą popłyniemy trochę pod prąd do góry, do rzeki Tennessee. Będziemy płynąc mniejszymi rzekami do zatoki, bo ładniejsze i przyjemniejsze niż szeroka, komercyjna Missisipi.
Wymyśliliśmy sobie rzeko stop i nagle znaleźliśmy się w świecie, który wcześniej prawie dla mnie nie istniał. Rzeki zawsze sobie były, ale jakoś z zewnątrz. O śluzach czy barkach nie wiedziałam prawie nic. A teraz jesteśmy pośrodku. Dosłownie. Reszta świata, która nie jest rzeką, jest na zewnątrz, przez cały dzisiejszy dzień, wieczór i noc niedostępna, bo zakotwiczyliśmy pośrodku jakiejś odnogi przy wyspie.
Dziś z dala od cywilizacji. Zaszło właśnie za drzewami słońce, za chwilę wzejdzie ciągle prawie pełny księżyc.
30 .07.99
Siódmy dzień naszego rejsu. Gorący jak nigdy, kleimy się od potu, prawie nie ma wiatru. Długi dzień. Wczorajszy był najdłuższy, jeśli chodzi o dystans (zrobiliśmy ponad 120 mil). Dzisiejszy najdłuższy, jeśli chodzi o czas - pod prąd płynie się wolniej.
Pożegnaliśmy się z Missisipi, pokonaliśmy pod prąd kawał Ohio River i skręciliśmy na południe w węższą, ładną Tennessee River, też pod prąd.
O czerwonym, okrągłym zachodzie słońca przybyliśmy do olbrzymiej śluzy ("Kentucky Lock") i gdy napełniła się woda i otworzyła się brama, znaleźliśmy się na pięknym, szerokim Kentucky Lake. Po zmroku już dotarliśmy do pobliskiej przystani, gdzie spały już rzędy żaglówek.
31 .07.99
Ostatni dzień lipca. Piękny poranek, wieje świeży wiaterek. Po naszej lewej stronie pagórkowaty, zalesiony teren, to park stanowy leżący pomiędzy naszym Kentucky Lake i Lake Barkley - stąd jego nazwa "Land Between the Lakes".
Dziś krótki dzień, robimy jakieś 30 mil i zatrzymujemy się. Mamy czas skoczyć stopem po zakupy. W równej odległości od przystani w jedną stronę Paris, w drugą Dover.
Wybieramy Dover i trafiamy do jedynego w okolicy niewielkiego supermarketu o nazwie "Piggly Wiggly", gdzie za 10 dolarów sprzedają nam pół olbrzymiej beczki orzechów brazylijskich. Normalnie są one straszliwie drogie, ale dostali je przez pomyłkę i chcą się ich pozbyć. Nie wiem, czy damy radę zjeść je do Florydy. Ciężko się obłupują, ale są pyszne.
Źródło: Pamiętnik Kingi
Tekst zaczerpnięty
z Pamiętnika Kingi
warto kliknąć
|