KwA 6: 01`06; Prawdziwa Afryka...
| Kinga Choszcz
|
|
Argument, że jest właśnie za pięć pierwsza na niewiele się zdaje, bo wszyscy już i tak poszli jeść i się modlić. Mając półtorej godziny czekania przed sobą, mówimy Abdulajowi, że idziemy się przejść po okolicy. Może do tej sporej wydmy w oddali po prawej stronie drogi. Nie wiemy jak to daleko, ale wędrujemy w stronę kusząco białego piasku. Nie odchodzimy jednak zbyt daleko, zanim słyszymy nawoływanie za nami jednego z patrolujących okolicę żołnierzy.
- Udajmy, że go nie słyszymy. Pewnie i tak nie ma nam niczego dobrego do powiedzenia. - mówi Kati, więc wędrujemy dalej przed siebie nie oglądając się w jego stronę. Żołnierz jednak nie rezygnuje. Dogania nas. I rzeczywiście - nie ma nam nic dobrego do powiedzenia:
- Czy wiecie, że ryzykujecie w tym momencie życie? - pyta po francusku.
- Jak to?
- Ten rejon pełen jest min.
 |
Bo to rejon spornych terenów i konfliktów pomiędzy Marokiem, Mauretania i partyzanckim ugrupowaniem Polisario walczącym o niepodległość Zachodniej Sahary.
- Często eksploduje tu jakaś mina? - pytamy.
- A... raz na jakiś czas. Czasem wpadnie na nią jakieś zwierzę, zbłąkany wielbłąd, albo samochód.
Nie protestując podążamy z żołnierzem do piaszczystej dróżki, gdzie zabieramy się z przejeżdżającym wojskowym autem z powrotem do budynków kontroli paszportowej. Tam przysiadamy pod ścianą w cieniu z Abdulajem i przekąszając marokańskie daktyle czekamy wraz z kilkoma innymi pojazdami na koniec przerwy.
W końcu, dopełniwszy formalności ruszamy dalej - nie wiemy jak daleko, w stronę mauretańskiego punktu granicznego. Tutaj nagły szok - bo koniec asfaltu. I żeby to chociaż prowadziła jedna prosta droga - a tu piaszczyste rozdroża rozdzielają się na wiele odnóg. Próbuję przyspieszyć przez piaski i dogonić kampingowe auto niemieckich turystów, które przejechało wcześniej. Może oni znają drogę... Mijamy mało pocieszające widoki porzuconych zwłok zardzewiałych aut porozrzucanych po okolicy. Miejmy nadzieję, że my tak nie skończymy.
Oddychamy wszyscy z ulgą, kiedy okazuje się, że po paru kilometrach prawdziwych pustynnych bezdroży docieramy do niewielkiej szopki będącej punktem paszportowo celnym Islamskiej Republiki Mauretanii. Czarny urzędnik zbiera paszporty od wszystkich przybyłych tu kilku aut, po czym woła kolejno do środka. Kiedy wchodzimy z Abdulajem, urzędnik, zwracając się do niego i patrząc na mnie i Kati, pyta:
- Poligamista?
A nam mówi, że możemy poczekać w vanie.
Źródło: KingaFreeSpirit.pl
Relacje zaczerpnięte z
afrykańskiego zeszytu
pamiętnika Kingi
warto kliknąć
|